Szanowni państwo,
kilka godzin temu oblałam pierwszy egzamin w życiu. Dowiedziałam się, że poziom mojej wiedzy jest na poziomie gimnazjum, że po trzech semestrach ćwiczeń powinnam się czegoś nauczyć (zwłaszcza, że egzaminowała mnie prowadząca wyżej wymienione ćwiczenia), że nie ma obowiązku studiowania polonistyki i że mam przyjść na poprawkę (ale w zasadzie to po co? i tak jest pani żałosna).
Mam poczucie zmarnowania czterech dni, które strawiłam na naukę czegoś, co okazało się nagle albo niepotrzebną wiedzą, albo brakiem wiedzy (że tak sobie pozwolę zapętlić).
Paskudne uczucie, nie polecam. Uszło ze mnie całe powietrze, cała energia, dawno nie miałam tak koszmarnego samopoczucia, samooceny zagrzebanej gdzieś w mule i dogłębnego poczucia porażki.
I jak tu z podniesioną przyłbicą zdawać kolejne cztery egzaminy, na które - począwszy od jutra - nadchodzi pora? No jak?!
zgola-odmienna 2012-01-26 22:12:52
skomentuj (2)
To jest komedia bez sali, ekranów i lamp...
I zakończył się ten najdziwniejszy rok w moim życiu. Ten w całości spędzony na obczyźnie; ten, w którym musiałam troszczyć się sama o siebie; ten który zniszczył mi wzrok; ten który dał mi sporo dobrego i sporo gorszego. I gdy tak próbowałam sobie przypomnieć najpięknieszy koncert, najlepszy wyjazd, najdziwniejszą noc... Trochę tego było.
Poradziłam sobie z dwoma sesjami bez poprawek, z zadowalającą średnią. Nie na tyle, żeby mieć stypendium, ale umówmy się: w połowie pierwszego semestru zdałam sobie sprawę, że średnia 4.7 jest dla mnie sprawą nieosiągalną. Nie pomyliłam się, chociaż jestem niesamowicie dumna, że niewiele mi brakło.
Rozwinęłam się teatralnie na tyle, że po troszę związałam z tym swoje życie. Przynajmniej na najbliższe trzy lata.
Przeżyłam chyba najlepsze wakacje w życiu. Tak po prostu w kilka dni zdecydowałyśmy się pojechać na wschód i zrobiłyśmy to: pojechałyśmy niemal w ciemno, przeżyłyśmy, wróciłyśmy, przeżyłyśmy parę przygód, zachwyciło nas parę widoków (Dniepr!).
Przeczytałam "Madame" A. Libery i z miejsca dopisałam tę książkę do listy moich ulubionych. Przecztałam "Kronikę" Galla Anonima i zaskoczyła mnie jej czytalność. Czytało się bardzo dobrze, w przeciwieństwie do "Kroniki" W. Kadłubka, którą czytało się tragicznie. Przeczytałam jeszcze milion innych książek, książeczek, dramatów, wierszy, planktów, liryków, powieści, opowieści, nowel, opowiadań, pamiętników, dzienników, raptularzy...
Zobaczyłam kilka filmów. Niestety, wciąż za mało, nigdy nie mam czasu. Gdy mam czas - nie mam ochoty. Gdy mam czas i ochotę - nie mam filmu. Co zrobiło na mnie wrażenie? "Kolorowe wzgórza". Co mnie wzruszyło? "Australia". Co mnie rozbawiło? "Obsługiwałem angielskiego króla".
Zobaczyłam sporo sztuk teatralnych. Która zryła mi mózg i wryła w fotel? "(A)pollonia" Warlikowskiego. Która była porażką roku? "Rocky Horror Show", który miał rozbawić, a zażenował. Która wzruszyła? Dwudziestolecie "Metra" w Teatrze Dramatycznym. Zdaje się, że wspominałam, że oto spełniło się marzenie mojego życia. Że zobaczyłam K. Groniec w roli Anki, J. Józefowicza w roli Jana, B. Melzer, O. Lubaszenkę, J. Dark, D. Geislerovą, W. Dmochowskiego i całą resztę i wszystko i ach! Nadal w to nie wierzę.
Byłam na koncertach, z których najlepiej zapamiętałam Świetliki w Katowicach, bo Świetliki pokazały swoją ludzką i pro-publika twarz. Mój pierwszy prawdziwy koncert zagranicznego zespołu: Nouvelle Vague, koncert G. Turnaua-realizacja DVD i pewne dwa pomorskie koncerty, z których najlepiej zapamiętałam całą otoczkę, bo - ot! - bardzo miło wpłynęły na przyszłość.
W tym roku za to czeka mnie dużo cięższa sesja, dużo cięższy rok, z dużo mniej sympatyczną współpokojanką. Ale mimo wszystko wierzę, że to będzie dobry 2012.
zgola-odmienna 2012-01-06 15:07:57
skomentuj (0)

